Strony

Top Menu

SZTUKA

DESIGN

Ania, nie Anna. 5 powodów, dla których trzeba obejrzeć nową adaptację Ani z Zielonego Wzgórza

Od najmłodszych lat zakochana byłam w serii książek o Ani z Zielonego Wzgórza. Lucy Maud Montgomery stworzyła świat, który mnie oczarował i do którego wracałam. Do tej pory Ania Shirley latami miała dla mnie twarz Megan Follows z ekranizacji powieści z 1985 roku. Jednak seria wzruszeń i piękno a zarazem tragizm postaci Ani na zawsze już połączony będzie z produkcją Netflixu - "Ania, nie Anna"




Cudowna Amybeth McNulty

Pamiętam gdy pierwszy raz zobaczyłam zdjęcia z "Ania, nie Anna" uderzyła mnie dziwność Amybeth McNulty, odtwórczyni głównej roli. Byłam ogromnie zdziwiona takim wyborem. Jednak po obejrzeniu pierwszego sezonu śmiało stwierdzam, że była to doskonała decyzja twórców. Amybeth McNulty jest świetnie prowadzona reżysersko, jej gra aktorska jest naprawdę rewelacyjna. Tworzona przez nią postać jest wielowymiarowa, barwna i bardzo współczesna. Ta rudowłosa, piegowata, patrząca wielkimi oczami Ania jest zdecydowanie bardziej podobna do  powieściowej wersji  Ani Shirley. Amybeth McNulty oddaje dziwaczne dla otoczenia zachowanie dziewczynki, która wiele przeszła - pragnącej akceptacji i bezwarunkowej miłości. Z jednej strony jest radosnym dzieckiem, znajdującym we wszystkim piękno i radość, z drugiej los dziewczynką po często traumatycznych przejściach. 



Poruszone tematy

Ta ekranizacja zwraca uwagę na aspekty, które wcześniej nie były tak mocno zaznaczone w żadnej ekranizacji. Dosadniej pokazuje, iż ucieczka w świat wyobraźni jest sposobem na odreagowanie trudnych przeżyć postaci. Istniały obawy, że "Ania, nie Anna" za bardzo odbiegnie od oryginału, w końcu tak ją właśnie zapowiadano. Mieliśmy dostać Anię na teraz, którą pokochają feministki. Wątek feministyczny rzeczywiście został podkreślony, ale nie w nachalny sposób - zamiast deklaracji, widz dostaje różne wizje kobiecości i szukanie tej zupełnie osobistej. Usłyszy hasła, że dziewczynki mogą robić to samo, co chłopcy, a małżeństwo nie musi być celem ich egzystencji. Autorzy serialu nie skupiają się jednak na feminizmie i poruszają inne, często trudne kwestie takie jak adopcja, kłopoty wychowawcze czy nękanie przez rówieśników, co wcześniej ledwie sygnalizowano.



Realizacja

To co sprawia twórcom często problemy jest utrzymanie dramaturgii. Tym bardziej jeśli potencjalny widz zna już dokładnie historię, którą chcemy mu opowiedzieć. Jednak w tym przypadku konstrukcja fabularna jest na najwyższym poziomie. Serial bawi, wzrusza, daje do myślenia. Ma w sobie wszystkie składowe rewelacyjnej produkcji. Trzeba też przyznać, że lokacje zapierają dech w piersiach. Piękne widoki połączone z operowaniem światłem, pracą kamery dają cudowny efekt wizualny. Świat przedstawiony staje się dzięki temu bardziej realny. Samo Zielone Wzgórze nie każdemu przypadnie do gustu, ponieważ dość mocno przypomina amerykańską farmę. Muzyka w tle przygrywa od czasu do czasu, ale co ciekawe, wpada w ucho, a że jest wdzięczna i po prostu ładna, zwraca się na nią uwagę.



Fabuła 


Fabuła nie odbiega szczególnie od książkowego pierwowzoru autorstwa Lucy Maud Montgomery. 13-letnia Ania (Amybeth McNulty) jako sierota przeżywa koszmar, opiekując się licznym potomstwem rodziny Hammondów, która ją przygarnęła, a zdecydowanie nie otoczyła opieką i miłością. Jednak los się do dziecka uśmiechnął, ponieważ Maryla i Mateusz Cuthbertowie, starsi ludzie, a zarazem rodzeństwo mieszkające razem, zamierzają adoptować chłopca. Tak, chłopca, a Ania będąc rudowłosą gadułą, wiecznie rozmarzoną i często nieogarniętą, jest tak daleka od bycia chłopcem jak to tylko możliwe. Jednak Maryla (Geraldine James) daje jej szansę i pozwala na próbę zostać w domostwie Zielone Wzgórze w Cavendish na Wyspie Księcia Edwarda. Mateusz (R.H. Thomson) zakochuje się w roztrzepanej gadule od razu, ale starej pannie będącej głosem rozsądku całej okolicy, czyli Maryli, nie przychodzi tak łatwo przyzwyczajenie się do osobliwego charakteru Ani. Zresztą już na samym początku dziewczynka sprawia kobiecie sporo problemów…  Miłośnicy oryginału mogą się więc zdziwić, że w serialu brakuje pewnych jego fragmentów (choćby pamiętnej przygody Ani z farbowaniem włosów), a niektóre wątki zostały poważnie okrojone kosztem innych, czasem zupełnie nowych. Serial porusza bowiem kwestie uniwersalne, ubierając je w zgrabną fabułę - atrakcyjną, zrozumiałą i przystosowaną do wymagań współczesnego odbiorcy.



Netflix po wielu miesiącach zapowiedzi przedstawił Anię Shirley ad. 2017. 7-odcinkowy serial na podstawie scenariusza Moiry Wallett-Beckett (twórczyni "Breaking Bad") jest dokładnie tym, co obiecano. Oddaje myśl Montgomery, nie będąc wierną kopią jej opowieści. A to tylko jeden z powodów, by kompletnie przepaść w świecie panny Shirley!

Copyright © ACH TAK!. Designed by OddThemes & SEO Wordpress Themes 2018