Strony

Top Menu

SZTUKA

DESIGN

ZEPCHNIĘTE ŚWIĘTA NA DRUGI PLAN





Jako że kalendarz już jakiś czas temu zmienił numerek na 12, osiągnęliśmy szczyt corocznego szału na utwory o świętach. Niektóre, jak „Love Actually” czy jego polski odpowiednik „Listy do M” są super. Mamy też te wywołujące łezkę w oku, bo takie kochane i coroczne, jak „Kevin” czy „Szklana pułapka”. Ze wszystkich stron słyszymy anglosaskie piosenki, którymi katują nas administratorzy centrów handlowych. Niektórzy lubią do tego sami uraczyć się George'm Michaelem w domowym zaciszu, czy na imprezie ze znajomymi. Świąteczne utwory literackie, ze względu na powagę medium i ilość czasu potrzebnego do przyswojenia ich (a czas jest przed Świętami towarem deficytowym), mają raczej marginalny udział w tym wariactwie.


Wszystkie wyżej wspomniane dzieła traktują Boże Narodzenie jako głównego bohatera. Niby podmiotem literackim i protagonistą jest eks dziewczyna, albo mały spryciarz, albo łysiejący komandos, ale i tak wszyscy wiemy, że chodzi o pierniczkowosłodkie zakończenie w rytmie świątecznych nutek. I w sumie o masę pozytywnych uczuć i wspólnotę, która może zaistnieć tylko pod koniec grudnia. Jednak Boże Narodzenie jest tak ogromnym i złożonym zjawiskiem społecznym, że w jego okolicznościach może zagrać nie tylko komedia romantyczna, ale dzieło traktujące o zupełnie innych problemach. W zasadzie o każdym innym problemie. Tekst ten jest właśnie o takich rzeczach, które lubimy nie dlatego, że są o Świętach, ale dlatego, że są świetną książką, filmem czy piosenką, która Boże Narodzenie traktuje wyłącznie jako barwne tło wzbogacające fabułę. Może to być ciekawa odmiana w zalewie kiczu wynoszącego pod ołtarze estetykę ciężarówek Coca-Coli, albo po prostu łakomy kąsek dla fanów kultury wszelakiej. Uwaga – zbiorek jest absolutnie subiektywny i nie opisuje tytułów powszechnie uznanych za arcydzieła (no, może z jednym wyjątkiem), ale osobiste sympatie autora.


ŻÓŁTY SZALIK reż. Janusz Morgenstern, 2000


 


 

Film można by postawić w jednym rzędzie zarówno z „Pod Mocnym Aniołem”, jako dogłębny i przejmujący portret alkoholika (zresztą obie historie napisał ten sam Pilch), jak i z „Długiem”, jako przykład świetnego polskiego dramatu z końca lat 90. W tej właśnie dekadzie w Polsce zaczął się czas świetności korpoprzyjęć wigilijnych ze śledzikiem i wódeczką – z czego główny bohater Gajos robi pretekst do symbolicznego zerwania z nałogiem. Wkrótce po firmowej imprezce należałoby spędzić czas z rodziną, którą uosabia matka bohatera - jak zawsze kochana Danuta Szaflarska. Morgenstern pokazuje nam szanowanego dyrektora, z pieniędzmi, klasą i ironicznym dystansem, który jednak w szponach uzależnienia jest kruchy jak szkło. W jednej scenie widzimy go królującego (dosłownie, bo w koronie), w innej pokładającego się po podłodze apartamentu. Czy wygra tę walkę, naprawdę warto sprawdzić, bo oprócz rozważań o tym, jak człowiek sukcesu może stoczyć się na samo dno, zobaczymy niezawodnego Gajosa w niesamowitej (chyba nikogo to nie dziwi) formie. A scena z „pożywną zupką” i „ulubioną substancją” jest tak mistrzowsko sugestywna, że najzagorzalszy abstynent pomyśli o gęstej od mrozu wódce jak o prawdziwym przysmaku – zresztą po sekundzie, zgodnie z zamysłem reżysera, ta grzeszna myśl pójdzie mu w pięty. I bardzo dobrze, bo Wigilia jest przecież postna!


BUSZUJĄCY W ZBOŻU, J.D. Sallinger, 1951




Tego nie trzeba nikomu przedstawiać. Chyba wszyscy czytający tę książkę wielkomiejscy młodzi Werterzy myśleli o niej szlajając się z kumplami po knajpach gdzieś między 20 a 24 grudnia. I każdy chyba fan tej książki będąc na letniej wycieczce w Nowym Jorku wzdychał z tęsknoty do obrazu zaśnieżonego Central Parku i kaczek, karuzel i łyżew. Przynajmniej autor zestawienia tak miał. Jednak z całą pewnością ma moc obraz wrażliwego smarkacza snującego się samotnie wśród rozgorączkowanych tłumów, szukającego czegoś, nie wiedząc dokładnie czego. Każdemu z nas zdarzył się, albo zdarzy, taki moment zwątpienia w siebie i świat. Czy w okresie tak intensywnym, rozdmuchanym, obfitującym w irytujące zwyczaje i stres, nie czujemy czasem że to wszystko jest bez sensu? Czujemy. A jeśli nie, to przypomnijmy sobie jak to jest być współczesnym Werterem, bo o ile nikomu nie warto tej książki przedstawiać, to każdemu warto czasami zdjąć ją z półki, zetrzeć kurz z okładki i zajrzeć do środka, bo zajrzy wtedy w samego siebie.


BRUD, reż. Jon S Baird, 2013 



„Ojezuuu, znów pisze ten nudziarz o historiach o rozbitych, uzależnionych facetach psujących wszystkim święta” - możecie pomyśleć, czytając o tym filmie. Przykro mi, taki wiek. Ale umówmy się, historie o rozbitych, uzależnionych facetach nigdy nie nudzą i warto je oglądać nawet w święta. Głównym bohaterem „Brudu” jest edynburski policjant Bruce Robertson. Jak można się domyślić po pierwszym zdaniu, Bruce jest złym gliną. Krętaczem, intrygantem bez skrupułów niszczącym kolegów i koleżanki w drodze do własnego awansu, łgarzem i ćpunem. Gra go znerwicowany, szalony James McAvoy o psychopatycznym, niepokojącym spojrzeniu. Słowem – rewelacyjny. Film spodoba się każdemu fanowi „Trainspotting” i całego współczesnego kina brytyjskiego, bo zawiera to, co w brytyjskim kinie kochamy najbardziej. Czyli chuligański urok, niepoprawność polityczną, gorzką ironię i czarny humor, no i ten piękny, szkocki akcent z naprawdę brudnym „r”. Wszystko pięknie, ale co to ma wspólnego z Bożym Narodzeniem? Historia po prostu ma miejsce w jego okresie. Bruce świąteczne imprezki szkockiej policji wykorzystuje we własnej gierce o awans, przez większość filmu stanowiącej oś fabuły. Widzimy więc parę okolicznościowych czapeczek i słyszymy „Little Drummer Boy”, ale przede wszystkim widzimy coś, co stanowi o naszej sympatii do policjanta. Okazuje się, że w przerwie między kreską kokainy a wypisaniem w toalecie sprośnych obelg na temat kolegi geja, Bruce dokonuje czynu naprawdę szlachetnego, którego efekty mogą wyprowadzić go na prostą. O to przecież chodzi w Świętach – o wiarę, że nawet najpodlejszy drań w tym cudownym okresie może przemienić się w anioła.


STOP THE CAVALRY, Jona Lewie, 1980




Odwrotnie niż poprzednia pozycja, piosenka Jona Lewiego jest uważana za element świątecznego klimatu, podczas gdy w rzeczywistości jest zupełnie czym innym. Ale tak to już jest, że autorzy protest songów bywają źle zrozumiani, a ich dzieła służą nie tym celom, w którym były napisane. Jona śpiewa w imieniu – jak sam to określił – wiecznego żołnierza, skazanego na Boże Narodzenie w środku wojennej zawieruchy. Teledysk przedstawia okopy I wojny światowej, a tekst jest o kawalerii, Churchillu i opadzie nuklearnym, a przede wszystkim o pragnieniu powrotu do domu, tańca w ramionach ukochanej i w końcu spokojnych Świąt. Z powodu tego wersu (Wish I was at home for Christmas) oraz dzwonków i nastrojowej sekcji dętej, utwór trafił do kanonu piosenek świątecznych. Jakże jednak słusznie, bo przecież siedząc nad barszczem z uszkami i odpakowując prezenty powinniśmy mieć w pamięci tych, którzy nie mają takiego szczęścia, a najpiękniejszy czas w roku spędzają w podłym miejscu, służąc interesom wielkich tego świata. Kto wie, może kiedyś do kogoś czytającego ten tekst zapuka strudzony „chłopiec malowany” wracający z frontu, by zająć puste miejsce przy wigilijnym stole.


Tak wygląda mój autorski wybór ulubionych dzieł świątecznych, ale tylko troszkę. Kończąc, zostawiam miejsce na życzenia. Spokojnych, leniwych Świąt – takich, żeby czasu i energii starczyło na szukanie nowych, wspaniałych książek filmów i piosenek, niekoniecznie tych ewidentnie bożonarodzeniowych!




Copyright © ACH TAK!. Designed by OddThemes & SEO Wordpress Themes 2018