Strony

Top Menu

SZTUKA

DESIGN

Wytarzać się w Warszawie z 1950 roku

Jakiś czas temu, gdy sprowadzałam się do Warszawy, nie wystarczyły mi ani spacery ani widoki zza szyby tramwaju. Chciałam tę Warszawę liznąć bardziej. Nabyłam, już nie pamiętam gdzie, "Tyrmanda Warszawskiego". Krótki zbiór tekstów o Warszawie wydawanych na łamach "Tygodnika Powszechnego", "Stolicy" i "Przekroju". Zaczęłam czytać i niestety, ale romans nam nie wyszedł. Nic nie zrozumiałam, lektura w ogóle mnie nie zajmowała. Stwierdziłam, słusznie zresztą, że potrzebujemy czasu, ja i pan Leopold. Po ponad roku czasu znowu sięgnęłam po książkę, tak ładnie wydaną przez wydawnictwo MG, bo już w Warszawie się nie gubię i się doskonale znam. I się zaczytałam. I czuję niedosyt.

Leopold Tyrmand źródło: www.bu.umk.pl
Tyrmand bardzo ładnie, chociaż czasem zawile opisuje jak wyglądała Warszawa lat powojennych. Przede wszystkim nie daje wątpliwości: Warszawa jest najlepszym miastem jakkolwiek by nie ucierpiała. Tyrmand pisze wręcz z odrazą o innych miastach, jakoby ich klimat, czy pora roku są zupełnie bezbarwne przy np. warszawskiej wiośnie.

…wszystko, dziejące się poza Warszawą, było niedobre, nudne, niewłaściwe i pozbawione wdzięku. Tak samo wszystko, dziejące się w Warszawie, jest dobre, interesujące, właściwe i pełne czaru i uroku. Przykład – proszę bardzo: gdy w Łodzi pada deszcz w Wielkanocne święta, jest to tylko i wyłącznie winą Łodzi, bo tylko w takim mieście może w Wielkanoc padać deszcz. Gdy natomiast Warszawa ma nad sobą złą pogodę w każde święta, można, a nawet należy to wybaczyć. Bowiem winna jest pogoda, a nie miasto. Na pewno. A zresztą w Warszawie, na Wielkanoc musi być ładnie… 

Bardzo ochoczo opisuje, że Warszawa przedwojenna nie miała placów, zanim wybuchła wojna chciano ten uszczerbek na tkance urbanistycznej jakoś poprawić, w końcu zagruzowana stolica po wojnie mogła obrastać w place i skwery, jak grzyby po deszczu. Tyrmand pisze o szyldach (i zleca zamienić Gałczyńskiemu tę wstrętną nazwę szyld, na coś ładniejszego), że są wszędzie, że są przedziwaczne i że nawet jeśli całe kamienice jeszcze nie powstały to warto, żeby szyldy były najpiękniejsze. Pisze o tramwajach, taksówkach, o chodnikach, o targowiskach miejskich, o błocie i o cudzoziemcach. W końcu, a właściwie najwięcej uwagi poświęca Tyrmand architekturze - na części pierwsze rozkłada Nowy Świat, sporo też miejsce zajmują opisy Mariensztatu czy Starego Miasta.

Ta książka pochłania do reszty, pochłonie też wszystkich tych, którzy chcą poczuć kurz i brud ówczesnej stolicy (Tyrmand przywołuje opinię jednego lekarza, który wyliczył, że rocznie mieszkaniec Warszawy wdycha jedną cegłę), w dodatku Tyrmand bardzo plastycznie opisuje, jak ta Warszawa zburzona i stawiana na nogi wyglądała. Albo pisze o problemach, jakie mogli mieć mieszkańcy Saskiej Kępy czy Targówka. I, ot ciekawostka, Tyrmand szczegółowo opisuje jaki jest symbol ówczesnej Warszawy. Tak jak symbolem Krakowa są Wawel i Sukiennice, symbolem dzisiejszych Katowic - Spodek, a Gdańska - Kościół Mariacki, tak przecież w Warszawie w 1950 r. jeszcze nie wznosi się nad całą Polską dar narodu radzieckiego dla polskiego. I tak Tyrmand zdradza i zapewnia solennie, że symbolem Warszawy 1950 jest Kościół św. Anny na pl. Zamkowym. Przechodzę tam codziennie, i w życiu bym nie pomyślała, że ta biała budowla uchodziła za symbol czegokolwiek innego, niż Pana Boga, a co dopiero Warszawy.

Leopold Tyrmand "Tyrmand warszawski" źródło: wydawnictwomg.pl
Słowem: "Tyrmand warszawski" wart jest uwagi, ale tylko tych, którzy w Warszawie się orientują, znają Miodową, Nowy Świat, Hożą, Pl. Trzech Krzyży. To nie jest książka dla niedzielnych turystów, co odwiedzili znajomych, albo przelotem wylądowali na Wschodniej, Centralnej albo Zachodniej. Stwierdzam, że trzeba tu po prostu mieszkać trochę, żeby faktycznie przenieść się (o to u Tyrmanda nietrudno) do Warszawy z roku 1950. A właściwie, jak mówi sam autor znowu kogoś cytując: wytarzać się w Warszawie.
Copyright © ACH TAK!. Designed by OddThemes & SEO Wordpress Themes 2018