Strony

Top Menu

SZTUKA

DESIGN

Czarna gorączka


Jacek Hugo- Bader, jeden z najlepszych polskich reporterów, którego książki nie są tłumaczone na kilknaście języków, chociaż powinny, postanowił po raz kolejny poudawać kogoś kim nie jest. Umalował więc twarz na czarno, resztę ciała szczelnie zakrył wierzchnią odzieżą i tak przygotowany ruszył na konfrontacje z Marszem Niepodległości. Temperatura tego spotkania była niższa niż się spodziewał. Zawrzało jednak chwilę później, gdyż jak mówi stare, polskie przysłowie „co się odwlecze, to w internecie”. Prawica oskarżyła go o prowokacje, a porównanie do „pastowanego kabana” z „Nie ma mocnych” było jedną z najdelikatniejszych inwektyw. Lewica z kolei miała Hugo- Baderowi za złe, że posłużył się tak zwanym „blackfacem”, oraz insynuowała, że ten akt jest również aktem rasizmu, tylko nieuświadomionego. W obronie kolegi stanęli chyba tylko inni dziennikarze Gazety Wyborczej. Był wśród nich Marcin Kącki, który przytoczył klasyczne przykłady reportaży wcieleniowych, sugerując, że prowokacja Hugo- Badera wpisuje się w ten nurt. Jak to mówią, z wrogami sobie poradzisz, uważaj na przyjaciół. Niestety, ale zestawienie tego, co zrobił autor „Białej Gorączki” z innymi tekstami wcieleniowymi sprawia, że wszystkie niedociągnięcia tego projektu wychodzą na światło dzienne, jak nie przymierzając, biała skóra spod szaliczka pana Jacka.

Wydaje się, że, nie pierwszy zresztą raz, bezpośrednią inspiracją dla dziennikarza Wyborczej był Gunter Wallraff. Smuci jednak fakt, że Hugo- Bader wybrał tylko jedną, najbardziej oczywistą sytuacje opisaną w reportażu „Czarne na białym”. Wallraff również postanowił się skonfrontować z nacjonalistami, kibolami i neonazistami. Był to jednak ostatni etap jego przedsięwzięcia. Wcześniej przez rok podróżował po Niemczech i sprawdzał, jak osoba czarnoskóra funkcjonuje w społeczeństwie, które po przepracowaniu traumy tragicznej przeszłości, powoli zaczyna kształtować swoją nową liberalna i tolerancyjną tożsamość. Okazało się, że to tylko fasada, że pod płaszczykiem politycznej poprawności wciąż żywe są demony lęków, niechęci, czy w końcu agresji. Wallraff zachowuje jednak proporcje. Zdecydowanie bardziej, niż to, że ktoś chce mu dać w mordę, jest wyeksponowany rasizm ukryty pod przyklejonym uśmiechem.

http://www.cinema.de/bilder/guenter-wallraff-schwarz-auf-weiss,3884956.html

Wróćmy jednak do początku, czyli do Griffina. Johna. Howarda. To on, jako pierwszy postanowił zmienić kolor skóry, aby zbadać sytuacje osób czarnoskórych. Gdy piszę „zmienić kolor skóry” nie mam na myśli infantylnego makijażu przywołującego wspomnienia z jasełek, a długotrwałą kuracje farmakologiczną, która w rzeczywisty sposób wzmogła pigmentacje. Griffin, będąc pod opieką dermatologa, przyjmował leki zazwyczaj dedykowane osobom chorym na bielactwo oraz poddał się serii naświetleń ultrafioletem. On nie przebrał się za Murzyna, on się nim stał. Jest to chyba najważniejszy element jego książki „Czarny jak ja”: zmagania autora z tożsamością, z tym kim jest, kim mógłby być, jak bardzo na to co czuje, czy odbiór rzeczywistości wpływa obraz z lustra. A wpływa bardzo. Dlatego właśnie figura „spojrzeń nienawiści” czy milczenia pełnego wrogości, która została obśmiana u Hugo-Badera, u Amerykanina jest zwyczajnie wiarygodna. Wchodzi on w relacje z afroamerykańską mniejszością, żyje tak jak oni, dotykają go te same ograniczenia. I to nie ograniczenia kulturowe czy społeczne, tylko te sygnowane przez państwo, bo Griffin zmienia swój wygląd nie w XXI wieku w sercu europy, a pod koniec lat 50 w południowych stanach USA. Nie ma za plecami kordonu policji gotowego w każdej chwili interweniować, mundury noszą tam ludzie, którzy dosłownie chwilę wcześniej przymknęli oko na zabójstwo Macka Parkera. Celowo napisałem mundury, nie broń, bo broń noszą wszyscy, w tym ci, którzy gotowi są mu prosto w twarz powiedzieć, że nie powinien żyć. Pomimo tego Griffin nie popada w zachwyt nad swoją odwagą, nie przedstawia siebie jako żołnierza na pierwszej linii frontu, wciąż stara się trzymać emocje na wodzy i nie rezygnować z naukowego charakteru swojej misji. Dzięki temu dostajemy książkę głęboką, wyważoną, ale przy tym wstrząsającą- pokazującą rzeczy, których bez zastosowania formy reportażu wcieleniowego, nigdy nie mielibyśmy szansy się dowiedzieć.

https://playingintheworldgame.wordpress.com/

Jacek Hugo- Bader już w jednym z pierwszych zdań swojego tekstu pisze, że „wysmarował sobie gębę” „po coś, a nie dla hecy”. Patrząc jednak na tę prowokacje w kontekście wcześniej wspomnianych reportaży, o niczym innym niż o „hecy” nie może być mowy. Styl wykonania, czas trwania, oraz przygotowanie merytoryczne sprawiają, że tej akcji bliżej do youtubowych pranków, niż do poważnego dziennikarstwa.

O rasizmie oczywiście trzeba mówić, ale trzeba mówić rzeczowo, poważnie, bez efekciarstwa i szukania taniego poklasku. I na szczęście znajdują się reporterzy, którzy chcą i mają narzędzia aby to robić, jak Katarzyna Surmiak- Domańska w świetnym „Ku Klux Klanie”, czy Marta Mazuś w „Królu Kebabów”. A co do Hugo- Badera, to być może czas, żeby kupił litr spirytusu, starego Jeepa i wyruszył w głąb Rosji, bo krajowe pisanie to ostatnio, niestety, skucha za „Skuchą”.



P.S. Na każdym etapie powstawania tego tekstu próbowałem znaleźć miejsce, w którym mógłbym napisać, że Jacka Hugo-Badera bardzo cenię. Nie znalazłem. Robię więc to tutaj- ten tekst jest refleksją rozczarowanego fana, uważam, że JHB ma najlepsze pióro w tym kraju, warto aby roztropniej nim dysponował.
Copyright © ACH TAK!. Designed by OddThemes & SEO Wordpress Themes 2018